Wien
dnia 07 listopada 2011, o godzinie 13:49:37 (L1) /
Bylem wczoraj w Wiedniu, bardzo dziwne miejsce. Wyglada jak Szczecin, powiekszony w kazdym wymiarze dwa razy. Cale centrum sklada sie z monumentalnych budynkow, w stylu kamiennic z Wojska Polskiego, ale dwa razy wyzszych, dwa razy dluzszych i dwa razy szerszych. W normalnym miescie jestes ty, jest przestrzen i sa budynki. W Wiedniu budynki sa przestrzenia, nie ma nic procz budynkow. Te chore skurwysyny zagospodarowujac wyspe (City Donau) mieli do dyspozycji miejsce i na wiezowce, i na zielen. Postanowili wykorzystac ja do zbudowania ogromnego betonowego blokowiska bez zieleni i ogromnego parku. Nie ma po co robic zbalansowanego osiedla jesli mozna postawic dwa monumenty. Tak mniej wiecej widze austriacka mentalnosc.
Centrum Wiednia wyglada jak zapakowany w celofan cukierek, mieniacy sie swiatelkami, pelen sklepow oferujacych zbyteczne luksusowe towary: czekoladki, porcelanowe figurki, markowe ciuchy. Niektore naprawde ladne, inne tandetne, wszystkie absolutnie zbedne do normalnego zycia. Gdybym mial kiedys zafundowac dziesiecioletniej dziewczynce idealne boze narodzenie, zabralbym ja do Wiednia.
Blablabla
dnia 15 października 2011, o godzinie 15:32:44 (L1) /
Zdiagnozowałem ostatnio swoje problemy egzystencjalne z czasów kiedy byłem piękny i młody: chodziło o chroniczne niewyspanie, o wstawanie o szóstej rano żeby zdążyć na autobus i o siódmej dwadzieścia pięć być w szkole. Mówię całkowicie poważnie, ostatnio miałem bardziej intensywne kilka tygodni i czułem się dokładnie jak w technikum/na wczesnych studiach. Dwie sesje w łóżku po dwanaście godzin sztuka i po wszystkim, świat znowu był piękny a ja - zdolny do dalszego napierdalania.
Całkiem poważnie więc obwiniam system edukacji o próbę dokonania w mojej osobowości głębokich i nieodwracalnych zmian, być może rozpoczęcia u mnie depresji. Co tam poza tym dobrego słychać?
Nie wiem gdzie zacząć z jednej strony, a z drugiej - nic takiego się przecież nie wydarzyło. Pojechałem sobie na konferencję, zepsuł mi się samochód między obsranym Piotrkowem Trybunalskim a zasmrakanymi Kielcami. Laweta odholowała mnie do Piotrkowa, przysługiwało mi z assistance wypożyczenie samochodu na tydzień, więc wziąłem, bo skoro już zdecydowałem się jechać na to wygnajewo, to fajnie byłoby chociaż w końcu się tam dostać (swoją drogą, byłem ekstremalnie niewyspany i brudny, noc spędziłem w samochodzie na parkingu przy autostradzie). Tym samym pojazdem pojechałem też do domu, bo mechanik obiecał zrobić wszystko w mniej niż tydzień. Oczywiście niezgodnie z prawdą, więc musiałem w trybie awaryjnym wziąć wolny piątek, wy jechać o szesnastej do Piotrkowa, dotrzeć po dwudziestej trzeciej, szukać prawie godzinę otwartej stacji benzynowej (i myjni, ale z myjnią nie było problemu), i oczywiście dotrzeć na dworzec chwilę po odjeździe ostatniego środka transportu jadącego w kierunku cywilizacji. Był więc nocleg na miejscu, poranna podróż do Warszawy i wieczorna do domu. Fun. Tydzień później znowu ta sama trasa, tym razem pociągiem do Łodzi i następnego dnia do Piotrkowa, a potem powrót autem. Brzmi łatwo w teorii, ale w praktyce okazało się że nie w każdym mieście wojewódzkim w sobotę na reprezentacyjnej ulicy można zjeść śniadanie, kupić bilet, schować się przed deszczem w muzeum albo kupić coś ciepłego do jedzenia na dworcu. W Łodzi na Piotrkowskiej nawet bary z szyldem "śniadania" były zamknięte, poszliśmy więc stracić trochę czasu w muzeum włókiennictwa (!), ale - jak na muzeum w mieście wojewódzkim przystało - było zamknięte. Ponieważ padało coraz mocniej, postanowiliśmy pojechać na dworzec i tam przeczekać kilka godzin do pociągu, ale w mieście wojewódzkim nie było otwartego kiosku na głównej ulicy miasta. Mieliśmy więc nadzieję, że nie będzie również czynna kontrola biletów, niestety - myliliśmy się, stówka na głowę. Pojechaliśmy taksówką na dworzec, na którym nie było żadnego lokalu z ciepłym jedzeniem, był za to automat z frytkami. Okazało się że w Łodzi frytki podaje się prosto na ziemię, nikt nie pierdoli się w żadne pojemniki, tależyki ani papierowe woreczki.
Poza tym, zanim jeszcze Almera padła, byliśmy pozwiedzać opuszczone sanktuarium w Beelitz w Niemczech. Okazuje się, że teraz jest to zjawiskiem i nazywa się urbexem. No więc urbexowaliśmy i było fajnie. Byliśmy też w Górach Izerskich, to tam gdzie Karkonosze, ale po drugiej stronie Szklarskiej Poręby i łatwiej dojechać od Niemiec. Fajnie, blisko, polecam.
Jezu, wpis na więcej niż dwa paragrafy!
dnia 26 maja 2011, o godzinie 18:32:58 (L0) /
Ostatnio modne jest porównywanie pracy programisty do różnych innych zawodów zrozumiałych dla przeciętnego człowieka: architekt, ogrodnik, budowniczy mostów. Na Wykopie znalazłem całkiem ciekawe porównanie do snu.
Tekst jest oczywiście prawdziwy jeśli chodzi o przerwanie flow i tak dalej, ale autor nieświadomie zrobił lepsze porównanie niż zamierzał. Bo jest tak: skupić się jest ciężko, szczególnie jeśli w domu co chwilę rozbrzmiewają telefony i inne przeszkadzajki, więc trzeba próbować do upadłego. Czasem można na takim próbowaniu zmarnować dzień, drugi i na dokładkę trzeci. Wyobrażasz sobie trzy dni zmuszania się do zaśnięcia? Kończy się to rozespaniem. Podobnie jest ostatnio ze mną, nie bardzo łapię kontakt ze światem zewnętrznym. Przeszkadzają i prozaiczne przeszkadzajki, i to że wygodny i już mocno w mózgu wyślizgany tok myślenia algorytmicznego muszę zastępować nauką matematyki i fizyki.
Ostatnio spędziłem koło dwóch dni słaniając się i nic nie robiąc, muszę przyznać że kontakt ze światem wrócił. Teraz jednak, korzystając z pustego domu, znów próbuję uczyć się równań różniczkowych i na dzień matki pewnie w prezencie nie będę się odzywał.
W ogóle, może to kwestia starzenia się, ale coraz bardziej skłaniam się ku pracy w jakiejś nudnej korporacji. Wszystko to przez to, że przez odrzucanie tietopodobnych molochów jest mi naprawdę ciężko znaleźć pracę jako programista. Nie pieprzony administrator serwerów, nie PHP developer i nie fizyk który zamiast wzorów pluje na wyjściu kodem. Programista, taki gość którego interesuje jakiego użyć algorytmu, jak rozłożyć kod na klasy i skąd wziąć bibliotekę która nie spieprzy całej architektury.
Myślałem że tak właśnie będzie przy pracy "naukowej", ale zamiast obiecanego CUDA, klastrowania obiektów 3D i odrobiny DSP skończyłem ze stosem publikacji nie ze swojej dziedziny które mój geniusz być może zrozumie, bo ja na pewno nie. Przejdę i przez to, czemu nie, ale czytanie akademickich podręczników matematyki żeby zrozumieć akademickie podręczniki fizyki żeby zrozumieć publikacje o propagacji fal daje dobrą odstawkę od rzeczywistości.
Okres przejsciowy
dnia 15 kwietnia 2011, o godzinie 20:31:48 (L1) /
Nagle wszystko wokolo stalo sie przejsciowe: przez trzy miesiace zakladalem swoja przejsciowa firme ktora lada tydzien bede likwidowal, mam dwa przejsciowe mieszkania: jedno w ktorym znajduje sie wiekszosc rzeczy (wszystkie luzem) i drugie w ktorym jest lozko, komputer i biurko, i w ktorym mieszkam; mam przejsciowe klopoty z ojcem i przejsciowo dwie prace.
Mam tez dosc napiety grafik, wstaje o szostej czterdziesci piec, czasem jem sniadanie, zawsze pije herbate, i jade do pracy numer jeden. W pracy numer jeden siedze w pokoju ktory ma wyjscie na inny pokoj, ktory z kolei ma wyjscie do kuchni i toalety przez sekretariat. Dlatego wlasnie wazne jest wypicie herbaty przed wyjsciem, zeby uniknac wszystkich tych niepotrzebnych konfrontacji. W pracy numer jeden pracuje na sprzecie za grube peta euro nawite na sznurek przez co stalem sie przedmiotem jakiejs zazdrosci czy czegos w tym stylu; co gorsza jestem obyty z i takimi i jeszcze drozszymi zabawkami i nie najlepiej idzie mi udawanie fascynacji.
Kiedy wybija jedenasta, wlaczam Skype na telefonie ktory kupilem specjalnie do wlaczania Skype i, bedac w pracy numer jeden, pojawiam sie w pracy numer dwa, o ile nie jestem akurat w trakcie sluchania jakiegos dluzszego wywodu. Pracuje tak podwojnie przez godzine, po czym zawijam do domu pracowac numer dwa. Robi sie dziewietnasta albo i dwudziesta, jesli nie zdaze na czas wlaczyc skajpofonu, i mozna skonczyc, obejrzec serial, wyszorowac zeby i spac.
Malo pozostaje wiec czasu na myslenie, czytanie, albo i nie daj boze pisanie pierdol na joggerze. Ale dzis zastanawialem sie na co wydawalbym kase gdybym juz mial dom emeryture samochod i inne rzeczy z dolnych czesci piramidy, a kasa wpadalaby do kieszeni wybitnie latwo i szybko. I nie wiem ,w sumie, mam dosc ograniczona liczbe marzen i wiekszosc z nich mozna zrealizowac zarabiajac mniej niz zarabiam teraz. O, moze zbudowalbym zespol najlepszych programistow i zatrudnial ich przy robieniu kompletnie nierentownych ale niesamowicie fajnych rzeczy.
He.
Sen
dnia 14 lutego 2011, o godzinie 07:46:31 (L1) /
Któryś raz z rzędu budzę się około piątej nad ranem ponieważ mój sen o fakturach przeszedł w półsen o podatku VAT od importu usług i jawę z myślami na temat źle wypełnionych papierów. Potem jest znajome napięcie w brzuchu i można wyskoczyć w łóżka w kolejny dzień z życia małego przedsiębiorcy.
Chuj w dupe doroslosci.
dnia 17 stycznia 2011, o godzinie 17:48:24 (L1) /
Kurwa, jak ja sie strasznie nie nadaje na czyjegos przelozonego. Po pierwsze mowie ze cos ma byc zrobione i zostawiam sprawe samej sobie, nawet nie chodzi o to ze nie chce sprawdzac czy zostala wykonana, nawet nie pamietam o rzeczach ktorych nie mam sam do zrobienia. Po drugie, nie bardzo wychodzi mi znalezienie sie w srodku hierarchii, gdzie nie mam mozliwosci podjecia dobrej decyzji, a za zla odpowiadam. No i po trzecie, po prostu nie umiem rozmawiac z czlowiekiem ktory mowi mi ze dostaje stanowczo za malo pieniedzy, ja sie z tym zgadzam, a nastepnego dnia ojcowie zalozyciele dostaja bez specjalnej okazji podwyzke a on nie. Szczegolnie ze ja nawet nie zauwazylbym ze przyszlo wiecej kasy gdyby koledzy nie powiedzieli, a niesmak zauwazam zdecydowanie wyrazniej.
Odkrycie
dnia 16 stycznia 2011, o godzinie 11:08:48 (L1) /
Wywinąłem się w ten weekend z wszystkich imprez i czuję się jakbym dostał dodatkowy dzień wolny.
Niewierzący, praktykujący
dnia 21 grudnia 2010, o godzinie 13:44:47 (L1) /
Gdyby ktoś mi pięć lat temu powiedział że te święta spędzę biegnąc od świątecznego obiadu do świątecznej kolacji, chyba bym nie uwierzył. Nawet w piątek nie pójdę pewnie na wigilijny pochlaj żeby być w formie następnego dnia.
Porażka.
opera6.adr czyli w nastroju sentymentalnym
dnia 17 listopada 2010, o godzinie 20:22:40 (L1) /
Robiłem dziś backupa i trochę poszperałem po różnych nieco starszych katalogach.
Backup/Archiwum/2k5/08/Opera/okazał się wybitnie ciekawy - zawierał moje zakłdaki z Opery, kolekcjonowane gdzieś w latach 2003-2005. Czyli z czasów pierwszego PC i Windowsa.
Jestem w tej chwili gdzieś w 1/3 przeglądania folderu "Blogi". Zdecydowana większość nie istnieje, o około połowie przejrzanych zupełnie nie pamiętałem. Z kategorii "istnieje ale nie pamiętałem", czytam właśnie Ostrego. Ten ziom po prostu bez dwóch zdań potrafi.
Ciekawy był też folder "Filmy". Był taki czas kiedy miałem internet przez sieć lokalną, Windows XP uchodził za system bez dziur więc nikt się nie zabezpieczał, i wtem, znaleźli coś w DCOM (ta sama dziura przez którą parę miesięcy później zaczął szaleć Blaster), więc ściągnąłem exploita, dopisałem GUI, wziąłem OProxy i dopisałem do niego serwowanie plików z dysków niczego nieświadomych sąsiadów. I dlatego właśnie folder "Filmy" zawiera linki do sieci lokalnej.
Postanowiłem uczcić przypomnienie sobie o starych śmieciach, więc nabyłem drogą kupna paczkę fajek, z której spaliłem około pół papierosa (rebeliancko, w drodze powrotnej z Żabki, łamiąc prawo!) i dwa piwa których jeszcze nie otworzyłem bo piję kawę. Lubię ten stan, chociaż nie mogę sobie na niego zbyt często pozwalać, bo zbyt łatwo kończy się jakąś psychozą.
Życie życie jest imprezą
dnia 05 listopada 2010, o godzinie 19:20:11 (L0) /
To niesamowicie głupie ale byłem ciekawy czy uda mi się pociągnąć do końca to porównanie :P
| Rodzisz się i rodzice myją ci dupę | Wychodzisz z domu, taksówkarz cię podwozi, gospodarz po raz n-ty cierpliwie tłumaczy jak dojść |
| Jesteś nastolatkiem i poznajesz ludzi | Witasz się ze wszystkimi, pijesz pierwsze kieliszki, orientujesz się z kim warto rozmawiać a od kogo raczej z daleka |
| Studiujesz albo jesteś młodym dorosłym | Wiksa się rozkręca, wolno wszystko i wręcz niemile widziane jest zachowanie umiaru |
| Okres wesel i dzieci | Pierwsi, mniej wytrzymali, opuszczają co drugą kolejkę |
| Wczesne przekwitanie | Już wiadomo kto będzie tą osobą która będzie dziś rzygała. Nie czujesz się najlepiej ale noc jest młoda! |
| Syndrom pustego gniazda | Wszyscy rozsądni ludzie poszli do domu, zostajesz z bandą patologicznych pijaków. Możesz spodziewać się rozmów bez sensu, niczym nieskrępowanych zachowań seksualnych i gibania się na wszystkie strony. |
| Starość | Nawet najwytrwalsi polegają |
Dzień piąty – Stworzenie zwierząt wodnych i latających.
dnia 29 października 2010, o godzinie 18:50:22 (L1) /
I przywołał pan na komputerze swym terminarz i ujrzał, iż w ten piątek nie będzie musiał spożywać alkoholu żadnego. I uśmiechnął się pan, bo wiedział, że było to dobre.
Dobra niedziela
dnia 25 października 2010, o godzinie 18:39:49 (L1) /
Zaczęło się śpiącym nierobieniem niczego, aż do piętnastej, kiedy ustawiliśmy się z Kacprem. Po poprzedniej akcji został jeden żagiel więc rozwieśmy go na maszcie Wieży Bismarcka! Podjechaliśmy pod garaż Kacpra, zgarnęliśmy resztę ekipy i do wieży. Najpierw po drabinie do okienka, przeciskamy się i już jesteśmy w środku. Drabina po linie powędrowała prosto na górę, Belan zaczął wyjmować z plecaka sprzęt: liny, karabinki i uprzęże. Tym razem z wąskiego tarasu dookoła wieży wchodzimy na podstawę kopuły, tym razem drabina ledwo sięga, jest ustawiona prawie poziomo i nie wiem jak Belan wchodzi nie mając się za co złapać. My właziliśmy już z normalną asekuracją, a tam gdzie kończyła się drabina, dało się złapać linki. Wyżej już stosunkowo łatwo: dwa metry z na górę kopuły, dalej już schodki. I wiatr, tak srogi, że nikomu nie było już w głowie wchodzenie na maszt żeby rozwiesić żagiel. Posiedzieliśmy więc chwilę i zeszliśmy. Tym razem zamiast drugiego zejścia po drabinie, zjazd na linie. Dobrze, że dałem się namówić.
Potem Gosia pojechała do Gryfic, a ja w domu pobiłem rekord w jedzeniu pudełka śledzi na czas. A potem wziąłem się za dokończenie zabawki którą już dawno miałem wypuścić w świat. Wypełniając pole "licencja" bez wahania wpisałem "beerware".
Opowieść o dwóch ideałach
dnia 08 sierpnia 2010, o godzinie 12:09:56 (L0) /
Zostałem sprowokowany rozmową o Ojcu Chrzestnym na Facebooku. Horacy powiedział że to film idealny i przypomniał mi o archetypach.
Bez wątpienia Ojciec Chrzestny to film idealny, jest doskonałym przykładem tego, dlaczego nie lubię oglądać filmów. Brak akcji, wszystkie twarze aktorów identyczne (czy tylko mi się wydaje że dopiero ostatnio zaczęli uczyć reżyserów w szkołach żeby dobierali aktorów różniących się trochę bardziej niż dwie krople wody?), w zasadzie do pełni zniszczenia brakuje jeszcze tylko Kazimierza Heropolitańskiego, Zbigniewa Heropolitańskiego, czy któregoś innego z grona wielkich polskich znudzonych lektorów.
Ojciec Chrzestny jest dla chujowości filmów tak wielkim dziełem jak powrót z Woodstocku 2005 i pobyt u Mietka są ideałem melanżu. Ale melanż u Mietka konkuruje z melanżem u Kinkiego dwa lata później, a Ojciec Chrzestny jest chyba bezkonkurencyjny.
W zasadzie mógłbym sobie wyobrazić film w którym aktorzy są bardziej podobni do siebie: kamera wjeżdża do podziemi chińskiego grobowca, potem crossfade, i terakotowa armia zamienia się w prawdziwą i opowiada o romansie pomiędzy pięcioma identycznie ubranymi żołnierzami chińskimi o tym samym wzroście i z nieodróżnialną dla Europejczyków twarzą. Ale bardziej ostatecznego melanżu niż ten sprzed pięciu lat już nie będzie.
Wybory prezydenckie!
dnia 17 czerwca 2010, o godzinie 17:44:10 (L1) /
To zabawne jak stare "nie potrzebuje przeciez tego" bije sie z nowym "moje konto i tak tego nie zauwazy", w zaleznosci od kierunku wiatru ide skrajnie w jedna badz druga strone. Teraz na przyklad krece sie po upale czekajac na ojca i odmawiam sobie loda, a innym razem zrekompensuje to sobie z nawiazka jakims burzujskim wynalazkiem. Z jednej strony staram sie nie stracic normalnosci, z drugiej - kiedy sobie folguje, limitow nie ma.
Puenty nie ma, przypomne tylko jak kiedys prognozowalem ze do trzydziestki bede japiszone wciagajacym kokaine ;)
W razie gdyby kogos interesowalo
dnia 17 kwietnia 2010, o godzinie 01:38:27 (L1) /
Nadal nie mam pojecia po co wykonuje sie jakiekolwiek czynnosci, wlaczajac budzenie sie i oddychanie. Wiec wszystko nadal w porzadku.
Wiosna już za 6 dni!
dnia 15 marca 2010, o godzinie 19:08:45 (L1) /
Im dłużej patrzę, tym bardziej chcę siedzieć już na ławce i oglądać te jebane chmury. I w tym właśnie momencie z nadzieją przenoszę wzrok za okno, a tam śnieg. Fajnie?
Kebab w Berlinie
dnia 13 listopada 2009, o godzinie 01:38:12 (L1) /
No więc w ramach wolnego wieczoru postanowiłem wybrać się na kebab do Berlina. Okazało się że Kacper jest wolny i chętny, więc zanim przyjechał skoczyłem kupić trochę euro i fru, pojechaliśmy. Tuż za Szczecinem okazało się, że mgła jest taka że nie warto ryzykować ("Zostaw syntetyk! Ratuj życie!" - Z.F. Skórcz) więc w Kołbaskowie zawróciliśmy.
Skoczyliśmy do Dąbia z zamiarem zajścia po Leona i skoczenia nad jezioro, ale Leon wietrzył jaja w łóżku (nie zmyślam, sam tak mówił) a miejska plaża była zamknięta więc nie było gdzie moczyć nóg.
Powstał więc pomysł: robimy ognisko, jak ognisko to kiełbaski, jak kiełbaski to sklep, a jak sklep o tej porze to Tesco na Pomorzanach. Zrobiliśmy zakupy, ale skoro już byliśmy w markecie to kupiliśmy też węgiel, tacki do grilla, siano dla gryzoni, blok techniczny, nóż do tapet i pastę do butów w płynie (no, ten wynalazek do butów zamszowych). Pojechaliśmy pod most kolejowy w porcie, Kacper z tacek i znalezionych cegieł zrobił grilla, rozpaliliśmy go sianem i nałożyliśmy kiełbaski. Potem wyciąłem szablon i pastą do butów nałożyłem na filar - a co. Pierwszy w życiu!
Zjedli kielbaski, ugasili grilla, reszte siana spalili na wodzie, namalowali ta nieszczesna pasta jeszcze jakies bzdury i pognali do domu. I zdjecie ladnie mgle oddalo, o.
Następnym razem już prosto z górki: -Jedziemy na kebab do Berlina? -OK, pod którym mostem?
Hm
dnia 06 września 2009, o godzinie 11:23:44 (L1) /
A więc siedzę sobie tego pięknego poranka przed komputerem popijając mleko z miodem, i myślę o dwóch ważkich sprawach.
Pierwsza to to, że chyba najlepszy aspekt posiadania mikrofalówki to fakt, że można podgrzać sobie mleko tak po prostu, bez myśli o szorowaniu potem przez pięć minut garnka.
Oglądam też różne dema z tegorocznego breakpointa - i przyszło mi do głowy że przecież kiedyś tak strasznie gardziłem filmami i innymi wypocinami głównego nurtu, a teraz - za sprawą kontaktu z innymi ludźmi - jakoś tak wyszło że je oglądam. He, czasy.
Nanananana
dnia 17 sierpnia 2009, o godzinie 15:00:05 (L1) /
Góry
dnia 08 sierpnia 2009, o godzinie 22:23:15 (L1) /
A wiec gory: w gorach najbardziej lubie chodzenie po szczytach. Chociaz wspinanie wraz z calym niepotrzebnym brudem i potknieciami jest najmniej fajna rzecza w calej wyprawie, wjazd uwazam za srogie oszustwo. Juz chodzac z malym plecaczkiem, zamiast taszczac swoj dobytek na plecach, czulem sie dostatecznie oszustem.
W zyciu chyba tak samo.
Oraz smakiem tego lata ogłaszam Tymbark jabłkowo miętowy, w formie poręcznego litrowego kartonika z zakrętką.

